Obligacje znowu konkurują z akcjami. Czy przy wysokich stopach procentowych warto podejmować większe ryzyko?

image

Przez wiele lat odpowiedź na pytanie, gdzie szukać wyższych stóp zwrotu, wydawała się stosunkowo prosta: inwestor akceptujący większe wahania kierował kapitał w stronę akcji, ponieważ obligacje oferowały niewielkie oprocentowanie. W 2026 roku sytuacja wygląda inaczej. Rentowność polskich 10-letnich obligacji skarbowych wynosiła 21 września około 6,21%, podczas gdy sierpniowa inflacja CPI w Polsce osiągnęła 3,4% rok do roku. Jednocześnie detaliczne obligacje skarbowe oferowane we wrześniu dają od 4,00% w przypadku papierów rocznych do 5,35% w pierwszym roku dla obligacji 10-letnich indeksowanych później inflacją. Przy takich poziomach inwestor nie musi już automatycznie sięgać po akcje tylko po to, aby mieć szansę na nominalną stopę zwrotu wyraźnie wyższą od zera. Nie oznacza to jednak, że obligacje stały się bezwarunkowo lepszą inwestycją. Akcje i obligacje realizują inne cele, a decyzja zależy od czasu inwestycji, tolerancji na wahania oraz tego, jakiego zwrotu inwestor oczekuje za podjęcie dodatkowego ryzyka.

Dlaczego wysokie rentowności obligacji zmieniają opłacalność inwestowania w akcje?

Najważniejszym punktem odniesienia dla inwestora jest stopa zwrotu, którą może potencjalnie uzyskać przy relatywnie niewielkim ryzyku kredytowym. Jeżeli obligacja skarbowa oferuje rentowność około 6%, akcje powinny dawać odpowiednio większy oczekiwany zwrot, aby zrekompensować ryzyko spadku kursu, niepewność zysków przedsiębiorstw oraz możliwość wieloletnich okresów słabszej koniunktury. Gdy bezpieczniejsze instrumenty dawały 1-2% rocznie, zaakceptowanie zmienności rynku akcji w zamian za możliwość osiągnięcia kilku dodatkowych punktów procentowych było łatwiejsze do uzasadnienia. Przy znacznie wyższych rentownościach obligacji ta różnica się zmniejsza. Każdy inwestor powinien więc analizować nie tylko potencjalny zwrot z akcji, lecz także premię ponad rentowność dostępną na rynku długu.

We wrześniu 2026 roku ta konkurencja jest szczególnie widoczna. Rentowność polskich 10-letnich obligacji skarbowych wynosiła około 6,21%, natomiast w Stanach Zjednoczonych dochodowość 10-letnich Treasuries utrzymywała się w pobliżu 4,9%. Równocześnie globalne indeksy akcji pozostają pod wpływem dużych wahań związanych z inflacją, energią, polityką banków centralnych i wysokimi wycenami części spółek technologicznych. Inwestor ma więc realną alternatywę: zaakceptować wahania przedsiębiorstw i liczyć na wyższą długoterminową stopę zwrotu albo kupić instrument dłużny oferujący znany dochód do wykupu, pod warunkiem utrzymania obligacji do terminu zapadalności i braku problemów emitenta. To właśnie wzrost kosztu alternatywnego sprawia, że obligacje ponownie stały się poważnym konkurentem dla rynku akcji.

Czy obligacje skarbowe naprawdę są bezpieczne, skoro ich ceny mogą mocno spadać?

Określenie obligacji skarbowych jako bezpiecznych dotyczy przede wszystkim ryzyka niewypłacalności emitenta, a nie braku wahań ceny. Obligacja notowana na rynku może tracić wartość, jeżeli rynkowe stopy procentowe rosną. Mechanizm jest stosunkowo prosty. Jeśli inwestor posiada papier płacący 4% odsetek, a nowe obligacje zaczynają oferować 6%, starsza obligacja staje się mniej atrakcyjna i jej cena musi spaść, aby jej efektywna rentowność była konkurencyjna. Im dłuższy termin do wykupu, tym większa zazwyczaj wrażliwość ceny na zmianę stóp. Dlatego 10- lub 20-letnie obligacje mogą w krótkim okresie zachowywać się znacznie bardziej dynamicznie, niż sugeruje potoczne skojarzenie długu państwowego z całkowitą stabilnością.

Sytuacja wygląda inaczej, jeżeli inwestor kupuje obligację z zamiarem utrzymania jej do wykupu i nie potrzebuje wcześniej sprzedawać papieru po aktualnej cenie rynkowej. Wtedy przejściowe wahania kursu mają mniejsze znaczenie, a najważniejszy jest dochód wynikający z ceny zakupu i wypłacanych odsetek. Jeszcze inną konstrukcję mają detaliczne obligacje oszczędnościowe Skarbu Państwa, które nie są przedmiotem codziennego handlu giełdowego na takich samych zasadach. We wrześniu 2026 roku 3-letnie papiery mają stałe oprocentowanie 4,40%, a 4- i 10-letnie w pierwszym roku odpowiednio 4,75% i 5,35%, następnie ich oprocentowanie jest powiązane z inflacją i marżą. Możliwy jest wcześniejszy wykup, ale wiąże się on z zasadami i opłatami właściwymi dla konkretnej emisji.

Czy przy inflacji około 3-4% obligacje zaczynają dawać realny zysk?

Nominalne oprocentowanie nie pokazuje jeszcze, czy inwestor rzeczywiście zwiększa siłę nabywczą swoich oszczędności. Jeżeli instrument przynosi 5% rocznie, a ceny w gospodarce rosną o 6%, kapitał nominalnie rośnie, ale za uzyskane pieniądze można kupić mniej dóbr niż wcześniej. We wrześniu 2026 roku sytuacja jest bardziej korzystna z punktu widzenia części instrumentów dłużnych: według GUS inflacja CPI w sierpniu wynosiła 3,4% rok do roku, natomiast rentowność polskich 10-letnich obligacji skarbowych przekraczała 6%. Jest to dodatnia różnica nominalnej rentowności względem bieżącej inflacji, choć nie oznacza automatycznie gwarantowanego realnego zysku przez cały okres inwestowania, ponieważ przyszła inflacja może się zmieniać.

W przypadku obligacji detalicznych interesującym rozwiązaniem są papiery indeksowane inflacją. Czteroletnie COI oferowane we wrześniu 2026 roku mają oprocentowanie 4,75% w pierwszym roku, a następnie inflację powiększoną o marżę 1,50 punktu procentowego. Dziesięcioletnie EDO rozpoczynają od 5,35%, a w kolejnych okresach oprocentowanie jest równe inflacji plus 2 punkty procentowe. Mechanizm taki częściowo chroni oszczędzającego przed ponownym przyspieszeniem wzrostu cen, choć nie eliminuje podatku od zysków kapitałowych ani innych czynników wpływających na rzeczywistą stopę zwrotu. Dla porównania akcje nie mają mechanizmu automatycznej indeksacji inflacją. Mogą w długim terminie korzystać ze wzrostu nominalnych przychodów przedsiębiorstw, ale droga do takiego wyniku może obejmować bardzo duże okresowe spadki wartości.

Czy akcje nadal mają sens, gdy obligacje oferują 5-6% rocznie?

Wysokie oprocentowanie długu nie powoduje, że akcje przestają pełnić ważną funkcję w portfelu. Akcja jest udziałem w przedsiębiorstwie, którego przychody, zyski, aktywa i dywidendy mogą zwiększać się przez wiele lat. Jeżeli spółka rozwija działalność szybciej niż gospodarka i skutecznie reinwestuje zyski, jej wartość może rosnąć znacznie szybciej niż wartość nominalna obligacji. To właśnie potencjał wzrostu jest podstawowym argumentem za akcjami w bardzo długim horyzoncie. Inwestor płaci jednak za tę możliwość akceptacją niepewności. Nie ma gwarancji wyniku ani ustalonego terminu, w którym kapitał odzyska wcześniejszą wartość po bessie. Nawet dobre przedsiębiorstwo może stracić kilkadziesiąt procent wartości rynkowej w okresie paniki lub recesji.

Przy wysokiej rentowności obligacji próg atrakcyjności dla akcji po prostu rośnie. Jeżeli bezpieczniejsza część rynku pozwala oczekiwać kilku procent rocznego dochodu, zakup spółki o bardzo wysokiej wycenie i niskiej rentowności zysków wymaga mocniejszego przekonania o jej przyszłym wzroście. Jest to szczególnie istotne w okresach, kiedy część indeksów znajduje się blisko historycznych rekordów. Nie oznacza to, że inwestor powinien całkowicie rezygnować z rynku akcji. Oznacza raczej, że warto porównywać oczekiwaną premię za ryzyko. Jeżeli dodatkowy potencjalny zwrot wydaje się niewielki w stosunku do możliwych wahań, obligacje mogą wyglądać relatywnie bardziej atrakcyjnie. Jeżeli natomiast horyzont wynosi kilkanaście lub kilkadziesiąt lat, możliwość wzrostu zysków przedsiębiorstw nadal może mieć duże znaczenie.

Co stanie się z obligacjami, jeśli stopy procentowe zaczną ponownie spadać?

Spadające stopy procentowe mogą być korzystne dla posiadaczy wcześniej wyemitowanych obligacji o stałym oprocentowaniu. Jeżeli inwestor ma papier zapewniający stosunkowo wysoki kupon, a nowe emisje zaczynają oferować niższe oprocentowanie, stara obligacja staje się bardziej atrakcyjna. Jej cena rynkowa może więc rosnąć. Mechanizm ten jest szczególnie silny przy papierach o długim terminie zapadalności. To właśnie dlatego fundusze obligacji długoterminowych mogą w okresie spadających rentowności wypracowywać wyniki znacznie przekraczające sam poziom wypłacanego kuponu. Działa to jednak w obie strony - ponowny wzrost oczekiwań dotyczących stóp może szybko obniżyć ceny tych samych obligacji.

Inaczej reagują obligacje o oprocentowaniu zmiennym. Roczne obligacje ROR oferowane we wrześniu 2026 roku mają w pierwszym okresie oprocentowanie 4,00%, a później stawkę powiązaną ze stopą referencyjną NBP. Dwuletnie DOR dodają do niej marżę 0,15 punktu procentowego. Jeżeli stopy będą spadać, dochód z tych papierów również będzie stopniowo malał. Oznacza to, że wybór pomiędzy stałym i zmiennym oprocentowaniem jest w praktyce również decyzją dotyczącą przyszłego kierunku polityki pieniężnej. Nie da się jednak z pewnością przewidzieć ścieżki stóp. Wystarczy ponowne przyspieszenie inflacji, wzrost cen energii lub inne zewnętrzne zaburzenie, aby oczekiwania rynku zmieniły się bardzo szybko.

Czy obligacje korporacyjne są dobrym kompromisem pomiędzy akcjami a długiem skarbowym?

Obligacje przedsiębiorstw zazwyczaj oferują wyższe oprocentowanie niż papiery skarbowe, ponieważ inwestor bierze na siebie dodatkowe ryzyko kredytowe. Firma może mieć problemy finansowe, naruszyć warunki emisji albo w skrajnym przypadku nie wykupić papierów. Wyższy kupon nie jest więc darmowym bonusem, lecz wynagrodzeniem za większe prawdopodobieństwo straty. Z tego względu obligacja korporacyjna nie powinna być traktowana jak lokata bankowa o wyższym oprocentowaniu. Przed zakupem znaczenie mają zadłużenie emitenta, jego przepływy pieniężne, rentowność działalności, zabezpieczenia emisji oraz termin spłaty innych zobowiązań.

We wrześniu 2026 roku globalny rynek bardzo dobrze pokazuje znaczenie selekcji kredytowej. Reuters zwraca uwagę, że inwestorzy stali się bardziej wymagający wobec rosnącej emisji długu przez duże spółki technologiczne finansujące infrastrukturę sztucznej inteligencji. Spready części emisji technologicznych wzrosły względem szerszego rynku, co oznacza, że kupujący oczekują wyższej premii za dodatkową podaż i koncentrację ryzyka. Podobny mechanizm działa na każdym rynku korporacyjnym. Im wyższe oprocentowanie obligacji firmy ponad dług skarbowy, tym ważniejsze jest pytanie, za jakie konkretnie ryzyko inwestor otrzymuje tę różnicę. Obligacje przedsiębiorstw mogą stanowić pośrednią kategorię między akcjami i długiem skarbowym, ale nie eliminują możliwości utraty części kapitału.

Czy lepiej czekać na spadek giełdy, skoro obligacje pozwalają dziś zarabiać bez tak dużej zmienności?

Problem z oczekiwaniem na idealny moment polega na tym, że rynki finansowe dyskontują przyszłość wcześniej, niż zmiany stają się oczywiste w danych gospodarczych. Akcje mogą zacząć rosnąć jeszcze podczas słabych danych makroekonomicznych, jeżeli uczestnicy rynku oczekują przyszłej poprawy. Podobnie obligacje mogą tracić wartość przed faktyczną podwyżką stóp, jeżeli inwestorzy wcześniej zaczną taką decyzję wyceniać. Z tego względu przechodzenie całym kapitałem pomiędzy akcjami i obligacjami na podstawie pojedynczej prognozy wymaga nie tylko prawidłowego przewidzenia kierunku rynku, ale również właściwego momentu wejścia i wyjścia.

Alternatywą jest budowanie portfela wykorzystującego oba rodzaje aktywów. Obligacje mogą zapewniać stabilniejszy strumień dochodów i ograniczać zmienność, podczas gdy akcje pozostawiają ekspozycję na długoterminowy rozwój przedsiębiorstw i gospodarki. Proporcje nie muszą być stałe dla każdego inwestora - inny poziom ryzyka jest racjonalny dla osoby potrzebującej pieniędzy za dwa lata, a inny dla kogoś inwestującego na emeryturę za trzy dekady. Wysokie rentowności obligacji powodują przede wszystkim, że inwestor ma więcej możliwości. Nie musi już wybierać pomiędzy niemal zerowym oprocentowaniem a ryzykiem giełdowym. Może budować część defensywną portfela przy oprocentowaniu, które ponownie ma zauważalne znaczenie dla całkowitego wyniku.

Czy przy wysokich stopach procentowych warto podejmować większe ryzyko inwestycyjne?

Nie istnieje jedna odpowiedź właściwa dla wszystkich inwestorów. Przy wysokich rentownościach obligacji cena podejmowania ryzyka rośnie, ponieważ alternatywa staje się bardziej atrakcyjna. Jeżeli polskie obligacje długoterminowe oferują rynkowo około 6% rentowności, a detaliczne papiery indeksowane inflacją zapewniają mechanizm ochrony przed przyszłym wzrostem cen, inwestor powinien oczekiwać odpowiednio większego potencjalnego zwrotu z bardziej ryzykownych aktywów. Sam fakt, że akcje historycznie potrafiły generować wysokie długoterminowe wyniki, nie oznacza, że każda wycena i każdy moment wejścia zapewniają atrakcyjną relację potencjalnego zysku do ryzyka.

Z drugiej strony całkowita rezygnacja z ryzyka również ma swoją cenę. Obligacja posiada ograniczony potencjał dochodu, podczas gdy wartość dobrze rozwijającego się przedsiębiorstwa teoretycznie może rosnąć przez wiele dekad. Dlatego kluczowe pytanie nie brzmi: „akcje czy obligacje?”, lecz „jaka premia za dodatkowe ryzyko jest dla mnie wystarczająca?”. Przy obecnych rentownościach inwestor ma większą możliwość selekcji i nie musi podejmować ryzyka tylko dlatego, że bezpieczniejsze instrumenty praktycznie nic nie płacą. To fundamentalna zmiana względem czasów zerowych stóp procentowych. W 2026 roku obligacje ponownie stały się pełnoprawną alternatywą dla części kapitału, a decyzja o zwiększeniu udziału akcji powinna wynikać z horyzontu, tolerancji na straty i oczekiwanej premii za ryzyko, a nie z samego przekonania, że giełda zawsze musi oferować lepszy wynik.